Krótka historia spoza świata sportów elektronicznych.
Może część z Was oskarży mnie o uderzanie w pompatyczne tematy, ale od czasu do czasu nawet mnie nachodzą różne metafizyczne myśli. Chociaż muszę przyznać, że z reguły akcent w życiu kładę na fizyczność.
Zawsze uważałem, że wszystko powinno mieć swój cel. Tylko że moim zdaniem cel jest zależny tylko i wyłącznie od nas samych. Nie wierzę w siły nadprzyrodzone kierujące każdą chwilą naszego życia, nie wierzę także w zbiegi okoliczności. To z pozoru dwie różne strony jednej monety, ktoś może mi zarzucić, że trzeba jedną z nich wybrać. W takim wypadku ja odpowiadam: - czemu nie postawić monety na kancie?
Wolę wierzyć w to, że wszystko jest zależne od wyborów i ich konsekwencji. Dobrze, zgodzę się - nie mamy wpływu na wybory (a przynajmniej nie pełnego) innych ludzi, ale czy to od razu znaczy, że wszystkim kieruje przypadek lub niewidzialna ręka boga? Wolę wierzyć, że to wybór przechodnia do przejścia akurat w tym feralnym momencie doprowadza do śmierci przez potrącenie - w skutek wyboru kierowcy, aby nie zachować odpowiedniej ostrożności. Czy jest tutaj przypadek? Jeden odpowie, że tak - inny powie, że nie, bo to bóg tak chciał. Ja już odpowiedziałem za siebie.
No i w ten sposób dochodzimy do sedna - po co nam to wszystko? Niektórzy widocznie potrzebują usprawiedliwienia dla swoich czynów, najlepiej w sile wyższej, niezależnej od nich. Ja wolę myśleć, że jestem kowalem własnego losu. Chociaż czasem jest o wiele łatwiej rozłożyć ręce i bez wysiłku przyznać, że się nie ma nic wpływu - popłynąć z nurtem. Tylko czy wtedy to bóg za nas decyduje, czy po prostu zdajemy się na innych ludzi, żeby dokonywali wyborów za nas?
Starczy już tego, bo mi głowa spuchnie i wybuchnie... |
|